Słowem wstępu

Lata temu Le Corbusier wymarzył idealną jednostkę mieszkaniową. Funkcjonalną, ciasną acz przestronną, luksusowo a jednak powszechnie dostępną. Czym innym są teraz prywatne osiedla z kinem, siłownią, fryzjerem i mięsnym, jak nie rewolucyjnym „transatlantykiem na suchym lądzie” ? Mamy wszystko i wszędzie.
Na naszych górnych pokładach kolekcje sezonowe. Prze-modne aksamity, częściej poliestrowe niż jedwabne. Nie mówię, że tylko. Prze-cudne chińskie i szwedzkie szkiełka. Nie mówię, że źle. Prze-funkcjonalne papierowe meble. Nie twierdzę, że nie potrzebne – nas też wielokrotnie ratowały z opresji, gdy potrzeba nagliła a portfel szeptał „daj mi miesiąc”. I tak gromadzimy ustawiamy, tu spuchnie, tam się odklei, coś brzdęknie o podłogę, wyrzucamy. Czasem deszcz przy altance śmietnikowej dokończy dzieło zniszczenia. Czasem ktoś przed deszczem zgarnie łatwy łup by napalić nim w piecu. A kominy kopcą kolorami poszarzałej tęczy. A pod pokładem… Ceramika, porcelana, stare konfitury. Saturatory, ikebany, drewniane krzesła z wyjedzonym przez mole siedziskiem (bo z wełny, a one byle czego nie tykają). Zatrzymane zegary, zakurzone książki. Forniry odpryśnięte lub pokryte PRL-owskim poliestrem- taka moda. Moda… Moda przemija, by cyklicznie powracać. Szczęśliwy ten kto stawia na klasykę, bo ta jest nie do opatrzenia. Szczęśliwi też ci którzy trzymają skarby pod swym pokładem.

Pora naprawić siedzisko krzesła, by zasiąść do czarnej fusiastej herbaty. W porcelanie smakuje wybornie, nawet słodzić nie trzeba. I nawet jeśli babcia utłukła dwie filiżanki w ‘58, to zawsze możesz stworzyć swój własny komplet. Jedyny i niepowtarzalny, w twoim osobistym stylu. Albo sąsiad obdaruje Cię swoimi skorupami, bo lepiej do Ciebie pasują. A Ty w zamian podrzucisz mu konfiturę, tegoroczną oczywiście bo po co ma zalegać w piwnicy.